Wieści z Ugandy
Agandi! Co w języku runyankore znaczy: jak się masz.
Jest to najkrótsza forma powitania. Obowiązuje rano, po południu i wieczorem.
Wróćmy jednak do mojego poprzedniego wpisu. Jak już wspomniałam wylądowaliśmy dosyć późno. Już w samolocie musiałam wypełnić kartę informacyjną, zawierającą dane osobowe, cel podróży i czas jaki mam zamiar spędzić w Ugandzie. Kartę tę oddałam celnikowi, na jej podstawie dostałam wizę. Na początku w holu gdzie czekaliśmy na odprawę czynnych było 7 stanowisk a po jakichś 15 minutach tylko 1. Zirytowało mnie to, bo było mi niesamowicie ciepło a do tego o. Teofil już na mnie czekał. W końcu dotarłam do okienka. Celnik zadał mi kilka pytań i kazał zapłacić 30 funtów lub 40 euro, lub 50 dolarów amerykańskich. Dałam mu 50€. Nie miał wydać, więc chciałam zapłacić funtami (miałam akurat odliczone), ale jedna piątka była delikatnie naderwana i nie zostały przyjęte. To jest jedna z dosyć ważnych kwestii. Jeśli kiedykolwiek wybierać się będziecie do Afryki, pamiętajcie aby wasze pieniążki były nowe, bez żadnych wad a dolary wydane po 2006 roku. Inaczej nie przyjmą pieniędzy.
W końcu wydostałam się z lotniska. Zapakowaliśmy się do samochodu i udaliśmy na miejsce spoczynku. W nocy było mi tak gorąco, że spałam tylko w samej bieliźnie. Nie byłabym w stanie się przykryć nawet najcieńszym prześcieradłem. Zasnęłam dopiero, gdy za oknem ucichła muzyka, ale odgłosy nocy nie ustawały. Głównie słychać było nietoperze, cykanie świerszczy. A! Miałam mały problem żeby wysłać jakąkolwiek wiadomość. Spowodowane to było (być może) przeciążeniem sieci, ale udało mi się.
Rano zjedliśmy śniadanie, załatwiliśmy kilka spraw i ruszyliśmy w drogę do Rushooki. Dotarcie z Kampali zajęło nam cały dzień. Po drodze zjedliśmy obiad. Najbardziej przerażało mnie, nie tyle bieda tego kraju, ale ruch drogowy. Tubylcy jeżdżą bez zachowania jakichkolwiek zasad ruchu drogowego! Wyprzedzanie „na trzeciego” jest normalne, czasem nawet wyprzedzają kilka samochodów, nie bacząc na to, że z naprzeciw jedzie np. ciężarówka. Pomiędzy samochodami, poboczem wymijają motocykliści (tzw. pici-pici lub boda-boda). Normalnie śmierć w oczach! Jakieś 4km przed wioską zaczęła się „prawdziwa” droga. Dziura na dziurze i to nie takie jak na naszych europejskich drogach. Jedynie auto terenowe jest w stanie je pokonać. Zwykła osobówka nie ma szans, nie mówiąc już o sportowych samochodach. Podejrzewam, że nie jeden kierowca zostawił zawieszenie na takiej drodze.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Przywitał mnie o. Carmelo słowami „welcome in zadupie”, br. Viateur, br. Prosper i o. Agapitus. Pokazano mi mój pokój. Jest duży, mam szafkę, półkę, szafę no i oczywiście łóżko (całkiem wygodne).
Pierwszy tydzień spędziłam na poznawaniu miejsca, aklimatyzacji. Ułożyłam swój grafik zajęć. W poniedziałki i środy mam zajęcia w centrum dla dziewcząt. Uczę je podstaw angielskiego i religii. Mimo, że dziewczęta są już pełnoletnie ich poziom jest słaby. Wydaje mi się, że dlatego bo nie było ich stać na dobrą szkołę. W tej do której chodzą raczej uczą w ich języku. Do tego są niesamowicie nieśmiałe. Onieśmiela je to, że po pierwsze mnie nie znają a po drugie (chyba najważniejsze) jestem muzungu, czyli biała. Myślę jednak, że z czasem się otworzą.
Resztę zajęć zacznę od 17 lutego, gdy do konwentu przyjedzie grupa postulantek. Oprócz tego uczę angielskiego (głównie rozmowy) trzy dziewczyny, które zajmują się szyciem. W samym klasztorze do moich obowiązków należy nauczyć Edwarda (naszego kucharza) gotować polskich potraw. Chłopak dobrze gotuje, ale nie umie zup, naleśników, placków ziemniaczanych, a z mięsa z reguły robi gulasz, więc jakieś kotlety byłyby mile widziane.
Z jedzenia, które tu mamy najbardziej mi smakuje ananas, banany. Mają inny smak niż te w Europie. Z tutejszych potraw próbowałam matoke. Robiona jest z bananów pastewnych z jakimś sosem. Smakują trochę jak ziemniaki.
Trzymajcie się!
Kare! (cześć)
Agandi!
Już marzec. Ten czas szybko leci! W ciągu tego miesiąca niewiele zobaczyłam, ponieważ nie było samochodu w klasztorze. Zwiedziłam okolicę, byłam też w Kashenyie, wiosce która leży przy granicy z Rwandą. Żyje tutaj plemię pasterskie. Było mi dane odwiedzić tradycyjną chatę. Jest ona okrągła, kryta trawą. W środku są dwie części: sypialna i dzienna. Panuje w niej przyjemny chłód, ściany pomalowane na biało w czarno-brązowe szlaczki. Na podłodze leżała mata, zrobiona z trawy. Przy ścianie, na półce stały drewniane bukłaki z mlekiem. Ma ono lekko wędzony zapach i delikatnie gorzkawy smak. Spowodowane to jest tym, ze po umyciu naczynia wsypuje się doń kawałki zwęglonego, jeszcze gorącego drewna. Mleko jest całkiem smaczne i chłodne mimo panującego ciepła.
Plemię to bardzo dba o porządek. Wokół chatki było dokładnie pozamiatane. Być może dlatego raczej nie zawiera się małżeństw między plemieniem pasterskim a rolniczym (oni raczej o porządek nie dbają), wśród którego mieszkam.
Jutro wybieram się do parku Mburo. Jest to wyprawa na cały dzień. Już nie mogę się doczekać! Zobaczę na żywo te zwierzęta, które widuje się w telewizji. Chociaż ostatnio na swojej drodze spotkałam kameleona i modliszki.
Do następnego!
Ania
| « poprzednia | następna » |
|---|