Marek Nowakowski - 'Jupi aj...'

Namówił mnie Jurek, sam zresztą na coś takiego od dawna miałem ochotę. To może dobrze mi zrobić, rozważałem, tak jakoś odświeżyć, rozruszać. Więc spotkałem się u Jurka z tymi dwoma taternikami. Obaj w rdzawych swetrach, rośli blondyni. Bardzo opaleni, powiedzieli, że są po zimowej zaprawie w Słowackich Tatrach. -Trochę roboty było - powiedział I Blondyn (oni jak bliźniacy, zresztą bracia, taka nierozłączna para). - Troszeczkę - przytaknął II Blondyn - byliśmy z samymi asami. Długosz, Momatiuk, Warteresiewicz...

Potem wyjęli mapkę Tatr, wodzili po niej palcem objaśniając opracowaną eskapadę. Ożywili się znacznie, na początku sztywni i ugrzecznieni wobec nas, teraz mówili głośno: - tu takie podejście, tu ten wariant niezły, piątej klasy droga, ten wariant niezły, o, niezły, jest co robić, tam parę ładniutkich przewieszek, ciekawa ściana, filarki też udane, i komin jaki porządny, tu nieźle napracował się sam Długosz, o, nieźle - taki jest mniej więcej ten ich fachowy język.

Stanęło na tym, że będziemy im towarzyszyć w turystycznych etapach wyprawy, to znaczy -jak oni gdzieś będą chcieli na ścianę, to my podejdziemy z nimi pod ścianę, a potem zwykłym znakowanym szlakiem na szczyt (więc oni jakby z niedostępnej strony a my ze spacerowej). Poczęstowaliśmy ich winem, lecz wypili tylko po łyku i pożegnali się zaraz. Spieszyli do "Gongu" na jakieś ważne w taterniczej materii spotkanie. Sączyliśmy powoli wino. Niezły ten Gamay, taki cierpki, orzeźwiający. Pomyślałem wtedy sobie, że można będzie razem z nimi prawdziwe podejście zrobić, doznać naprawdę górskiej emocji. Butelka już pusta. Jurek przerwał to pełne marzeń milczenie. Powiedział, że koniecznie trzeba kupić buty turystyczne z zębatymi podeszwami i wiatrówki z kapturami, a też nieźle byłoby sprawić sobie takie spodnie podkolanówki, najlepiej z welwetu, są to bardzo wygodne w łażeniu spodnie. Zaopatrzyłem się w to wszystko. A przedostatniego dnia udało mi się wreszcie namówić na ten wyjazd Elę. Przez cały tydzień opierała się, przerażał ją ten jakby taterniczy charakter wyprawy, wreszcie ustąpiła.

Wyruszyliśmy do Zakopanego wieczornym pociągiem. Z Zakopanego mieliśmy pojechać autobusem do Morskiego Oka i tam spotkać się z taternikami. Oprócz Blondynów jeszcze jeden miał być i dziewczyna, taka, objaśnili Blondyni, po taterniczym kursie, już nawet niezłe ścianki robiła. Podróż mieliśmy złą, ścisk, całą noc staliśmy na korytarzu, dobrze że chociaż dla Eli znalazło się miejsce w przedziale od Krakowa. Najpaskudniejszy był przyjazd do Zakopanego, wredny, powiedziałbym, bo jeszcze w Nowym Targu niby zapowiadało się na ładną pogodę.

Więc ledwie tylko wysiedliśmy z pociągu, zaczął siąpić monotonny, smutny deszcz. I tak w tym deszczu, szarówce snuliśmy się po Zakopanem, gór wcale nie widać, schowane w mokrej mgle. Rozśmieszył mnie nasz wygląd, w szybie wystawowej na Krupówkach zobaczyłem odbicie naszej trójki - w zębatych buciorach, wiatrówki z kapturami, plecaki ze stelażami na ramionach - wyglądaliśmy jak górskie zakapiory. A w ogóle pełno podobnych facetów snuło się tutaj, wszędzie, mieli jeszcze wełniane mycki z pomponikami, fajki w zębach, dziwaczne medale na piersiach, niektórzy z nich nosili ponadto piękne skarpety, takie wełniane, kolorowe.

Zajrzeliśmy do kilku sklepów sportowych, ale wszędzie mówiono - owszem były skarpety, tylko dawno już zostały wykupione. Następnie poszliśmy na pekaesowy dworzec. Przy kasie przykra historia, są tylko bilety na ostatni autobus. Co robić? Ela zła. Przy tym łażeniu otarła sobie piętę. W ogóle ponuro jakoś, na ulicach mokro, w kawiarniach tłok, mnóstwo brązowych twarzy, jeszcze dwa dni temu była piękna pogoda. Jurek nawet zaproponował, żeby dla treningu iść piechotą do Morskiego Oka. Ja z Elą sprzeciwiliśmy się stanowczo i kupiliśmy trzy bilety na ten ostatni autobus. Udało się nam znaleźć wolny stolik w bufecie dworcowym. Jurek wyciągnął karty i targaliśmy w tysiąca. Chyba z pięć tysięcy zrobiliśmy i nastąpił moment depresji -zmęczeni, senni, nic w tym dziwnego - tak wrogo po sobie popatrzeliśmy - ściany, raki, przewieszki, bez sensu mamrotałem, ściany, raki, przewieszki. Zabrzmiało to jak szyderstwo. Jurek zacisnął szczęki. Tę nieprzyjemną sytuację rozładowała Ela mówiąc: - Trochę więcej hartu, panowie. Czekają was przecież fascynujące przygody, więc cóż wszystko znaczy wobec takiego celu.

Wybuchnęliśmy śmiechem, napięcie rozładowane. Tak dotrwaliśmy do ostatniego autobusu. Gdy już wsiadaliśmy, ktoś krzyknął z tyłu: - Cześć, stary. -I walnął Jurka w ramię. On objuczony plecakiem aż ugiął się. Był to I Blondyn, też z wielkim plecakiem. - Przyjechałem po zakupy dla naszej paki. - Zapytałem, czy zorganizował nocleg dla nas. Wybuchnął wesołym śmiechem.

- Z tym nie ma żadnego kłopotu. U Staszka są wolne miejsca w namiocie, Doktorek ma włoski śpiwór. Akurat dla pani. - W ogóle tryskał wesołością. My też zaczęliśmy udawać zadowolonych. Oni, ci taternicy, zrobili przed kilkoma dniami bardzo ładne wejście, w tej ich kwalifikacji była to dość wysoka lokata, napracowali się przy tym wejściu, ale warto, Skoczyłaś pochwalił. Obaj z Jurkiem w trakcie opowieści tak jakoś próbowaliśmy zamaskować to nasze zmęczenie i sflaczałość, napinaliśmy mięśnie - bo przecież I Blondyn, i w ogóle oni, ci taternicy na pewno za nic mają takich wyplutych facetów. - A z Kryśką ubaw - mówił l Blondyn - odpadła raz od ściany, oczywiście była asekurowana liną, ale w dół ze sto metrów, przestraszyła się dziewuszyna, i tak ostatecznym głosem jęknęła, Boziu moja, oj, ha, ha! - Ela miała nieszczególną w tym momencie minę, pewnie ujrzała siebie w roli tej Kryśki. Natomiast my z Jurkiem zawtórowaliśmy I Blondynowi męskim śmiechem. Pasjonujący sport to taternictwo. Takie pokonywanie strachu. Chciałbym i siebie tak wypróbować. W autobusie wszyscy się znali, przekrzykiwano się wzajemnie, kupa śmiechu była wczoraj, szczebiotała tleniona dziewczyna, Łapińska tak chlusnęła wodą na tego zapiewajłę, albo ta draka z Zenkiem, i tak rozmawiano cały czas. I Blondyn pozdrowił dwóch brodaczy. - To nieźli alpiniści, powiedział nam, tylko zanadto ryzykanci.

Na Łysej Polanie wysiadło sporo ludzi, to ci co idą w słowackie góry, są wolne miejsca, usiedliśmy wygodnie, przymknąłem oczy, autobus kołysze usypiająco, wyobrażałem sobie to fajne, ostre chodzenie z taternikami, to dobrze mi zrobi, trochę oderwę się od tych męczących, miejskich uwarunkowań. Jurek też chyba o podobnych sprawach myślał, bo ze spojrzeniem wlepionym w góry, groźne teraz w ciemności, przygryzał wargi. Tuż koło mnie rozległ się przenikliwy głos: - A może tak nasze Jupi? Otworzyłem oczy. Twarze wokół rozjaśniły się w uśmiechu. I po chwili większość jadących huczała taką dziwną pieśń:

-Jupi, jupi ąj... To właściwie wszystkie już słowa, wyśpiewywało sieje w różnych intonacjach. Nawet, rozważałem, może oni, ci taternicy nabiorą do mnie zaufania, a może nawet zyskam uznanie, przecież jestem dość silny, wytrzymały, nie boję się wysokości, tak, bardzo możliwe, że uda mi się z nimi takie poważne podejście zrobić przy użyciu czekanów, linek i karabinków. Już trochę się orientowałem w ich sprzęcie wysokogórskim, teraz właśnie ze mną ci dwaj brudni brodacze mówiąc taterniczych przyrządach, chwalą gatunek linki zwany manilowym, trzeba to zapamiętać. Autobus gwałtownie zatrzymał się. Już schronisko nad jeziorem. Wysiedliśmy. I Blondyn gdzieś zniknął w ciemności. Staliśmy na skraju szosy, deszcz siąpił nieprzerwanie, ta uporczywość deszczu trochę pesząca.

- Idziemy - to głos I Blondyna. - Nasze namioty są na taborysku. - Taborysko znaczy obóz. Szliśmy potykając się o korzenie kosówki. Jurek zaklął szpetnie. Wpadł w kałużę. I Blondyn miał latarkę, ale zapalał ją bardzo rzadko. Droga wznosiła się, dużo kamieni teraz. Dochodzą już nawoływania, śpiewy. Wyszliśmy na rozległą polanę poznaczoną ogniskami. Taborysko. I Blondyn zatrzymał się, zadarł głowę.

- Może być pogoda - powiedział - widać gwiazdy. - Zadygotałem z zimna. Za sobą posłyszałem szczękanie zębami, to Ela. - Porządnie przemarzliście - powiedział jakby z kpiną I Blondyn.

Próbowałem opanować to ośmieszające dygotanie. Jurek podszedł do najbliższego ogniska i grzał się z lubością. Jeszcze najlepiej trzyma się Ela, teraz nuci, nawet wiernie, to zasłyszane Jupi aj. Zatrzymaliśmy się przy dwóch namiotach pod pochyło nawisłym blokiem skalnym. Od ogniska wstała dziewczyna w obszarpanych farmerkach, po kolei uścisnęła nam dłonie mówiąc: - Krystyna jestem. - Jakoś się urządzimy - powiedział krępy taternik, zwany Talarkiem. II Blondyn zawołał przeciągle: -Albert, hop, hop! Odpowiedział mu gdzieś z daleka odzew. II Blondyn puścił się biegiem w górę polany. My z Jurkiem już nie krępując się przysiedliśmy przy ognisku. Słabo grzało. Płomień przygasał zalewany zacinającym ukośnie deszczem. Krystyna obserwowała nas badawczo. Niebrzydka, ruchy miała energiczne, męskie.

- Nasza ozdoba - zaśmiał się Talarek - w cywilu studentka drugiego roku geologii.
II Blondyn wrócił ze śpiworem i kocami. Krystyna zagotowała w kociołku wodę, wrzuciła garść kaszy, kilka kostek maggi, okrasiła to masłem. Dała nam łyżki. Z apetytem jedliśmy tę breję. Nieźle nas to rozgrzało. Ten zwany Talarkiem zorganizował już noc. Ja, Jurek i Ela mieliśmy spać w tym namiocie przy zwalonej sośnie. Podobno niezły namiot, nowy brezent, więc jeszcze nie przepuszcza. Zapaliłem papierosa i poszedłem ścieżką w głąb obozowiska.

- Stary - posłyszałem za sobą. Odwróciłem się. W świetle latarki nieznajoma twarz z karykaturalnymi wąsikami. - Pomóż rozbić namiot.
Wąsal i niewidoczna w ciemności kobieta rozciągali brezent. Kazali mi rozplatać sznur i wbijać siekierką śledzie. Nieudolnie mi to szło. Sznur supłał się. Wąsal poganiał gniewnie. Śledzie znów wbijałem za płytko i napięte linki wyrywały się z ziemi.

- On jest zielony - powiedziała ze śmiechem kobieta. Głupia sytuacja. Chyłkiem wycofałem się. Jurek już siedział w namiocie. Ela wsunęła się w śpiwór, zaciągnęła suwak. - Hemingwayowski nocleg - roześmiała się.

- Tylko tam spali we dwoje - mruknął Jurek. -I to była Hiszpania. Dużo cieplej. - Okręciłem się kocami. Wilgotne, chyba leżały na deszczu. Właściwie obłożyłem się mokrym zimnem. Zwinąłem się w kłębek. Krople deszczu miękko kląskały w płótno.

- Ciągnie od ziemi - warknął Jurek. Wysunąłem rękę. Na ziemi pod nami zbierała się woda. Nie mogłem zasnąć. Z boków dokuczliwie wiało. Ten wiatr, pomyślałem, może przegna chmury, na jutro wypogodzi się, słońce osuszy wszystko. Jurek przewracał się i pomrukiwał dziwacznie. Ela już dawno zasnęła.

Było jeszcze szaro kiedy zrezygnowałem ze spania. Wyskoczyłem z namiotu. Za mną wysunął się Jurek. Dla rozgrzewki biegaliśmy po uśpionym obozowisku. Potem naznosiliśmy gałęzi. Z trudem rozpaliliśmy ognisko. Z naszych ubrań parowała wilgoć. Deszcz ustał, ale szczyty gór opatulała gęsta mgła. Nasi taternicy też wstali. Najdłużej spała Ela.

- Nawet niezły śpiwór - powiedziała wychodząc z namiotu. Milczałem smętnie. Talarek bacznie obserwował mgłę kłębiącą się pod wierzchołkami.
- Cholera - mruczał - chcieliśmy taką ściankę zrobić, wcale niezłą... Ale w taką mgłę chyba nie pójdziemy.

On był jakby szefem tej naszej grupy taterniczej. Znali go ci z sąsiednich namiotów. Pozdrawiali z szacunkiem. Dwaj Blondyni wyciągnęli z plecaków wspinaczkowe liny, opasali się nimi po kowbojsku. Talarek studiował mapkę. Z dala dobiegało to wczorajsze Jupi aj...

- Może i my zaśpiewamy - powiedziała Krystyna. Ale Talarek pokręcił przecząco głową. Poszliśmy do schroniska. Tam miał Talarek naradzić się z innymi taternikami, czy robić tę ściankę, czy nie. W dwóch izbach schroniska zebrał się już tłum. Bardzo dużo młodych barczystych brodaczy. Ci brodaci, ubrani w połatane bluzy i dziwaczne spodnie, zachowywali się pewnie i władczo. Przy nich krzątali się inni młodsi, ubrani bardziej starannie, choć też sportowo. Ci inni młodsi, raczej nieśmiali, przymilali się do brodaczy. Młode byczki wszystko, rozglądałem się pełen zawiści, ten nocny ziąb nic im nie popsuł humoru, zadowoleni, wypoczęci, przypomniałem sobie zaraz noc w namiocie i znów oblazło mnie przez to przypomnienie przenikliwe zimno. Ci brodacze, szepnęła nam Krystyna, to stara wiara, a ci w nowych ciuchach dopiero na kursie wysokogórskim, przed chrztem taterniczym - dodała dumnie. Ona już była po tej wstępnej zaprawie, miała przecież za sobą, jak mówili Blondyni, kilka ładnych wejść.

- O, tam - Krystyna pociągnęła mnie gwałtownie za rękę - brat Skoczylasa, wiesz, tego Skoczylasa. -Ale już go nie zobaczyłem, schował się za piecem.

- Cieplutko tu chociaż - Jurek zacierał ręce i przechyliwszy się do mnie dodał cynicznie: - Żeby jak najdłużej posiedzieć tutaj. -I Blondyn przyniósł na tacy wrzątki. Dosypaliśmy do wody Junanu i za chwilę ze smakiem popijaliśmy smolistą, cierpką herbatę. - Radziłem się Skoczylasa - powiedział - możemy spróbować.

Więc mieliśmy iść nad jeziorem do Doliny za Mnichem, oni stamtąd na ścianę Mnicha, a my na spacer, tak powiedział Talarek, na Wrota Chałubińskiego. Gdy tylko wypiliśmy, Jurek popatrzył na niebo i pokręcił z powątpiewaniem głową. Przy końcu tej ścieżki nad jeziorem zerwał się przejmujący wiatr. Zacząłem kichać. Zły znak. Od kichania wszystko się u mnie zaczyna. Ela szła ostro, takim długim, równym krokiem. Ona trzyma się nad podziw dobrze. Jesteśmy już w dolince za Mnichem. Posępne rumowisko wielkich głazów. Krajobraz jakby księżycowy. Dalej droga rozwiodła się. Taternicy pójdą w lewo. Wtedy właśnie zaczął padać deszcz. Drobniutki, gęsty kapuśniak, I mgła obniżyła się. Zatrzymaliśmy się. Odczuwałem już lekkie drapanie w gardle. Jurek też coś kiepski... Skrzywiona twarz, wyciąga chusteczkę. Zrobiło mi się raźniej. Jasne, że Jurek też. Talarek próbował zapalić fajkę, ale na tym wietrze to było niewykonalne.

- Klops - powiedziała ze smutkiem Krystyna.
- Musimy wracać - dodał II Blondyn.

I wróciliśmy. Znów te dwie salki gęsto nabite, pod naszym stołem leżał brudny bernardyn o przekrwionych oczach. Obok dwaj w nowiutkich taterniczych strojach (a więc z kursu) opowiadali o śmierci Długosza. Taki przypadek, przysłuchiwałem się leniwie, uczył tych komandosów, właściwie wszędzie bezpiecznie, taka ceprostrada, pośliznął się i koniec, głupia historia... Oddychałem głęboko, wsłuchiwałem się z niepokojem w szmery w płucach.

- Zagrajmy we "wściekłego psa" - zaproponowała Krystyna.

I Blondyn wyciągnął karty. Zasada gry była bardzo prosta, pojęliśmy bez trudu, każdy stawia najniżej dziesięć groszy i potem jak w oczku zbiera się bank. Ela zaczęła wygrywać. Szybko rosną przed nią kupki drobniaków. Chłopaczek z zadartym nosem (też z kursu adeptów prowadzonego przez Skoczylasa) klepnął Elę po ramieniu i powiedział z uznaniem:

- Nieźle ci idzie. - Ela popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Wygrywasz jak szatan - powtórzył.
- Nie znam go wcale - szepnęła do mnie Ela. Ona wie, że jestem zazdrosny. Krystyna dostrzegła nasze miny i wyjaśniła lakonicznie, że tu panuje po prostu taki sposób zwracania się do wszystkich. Ich górski zwyczaj. Pokiwaliśmy głowami. Jurek uśmiechnął się dwuznacznie. Ten brzęk monet coraz bardziej monotonny, przymknąłem oczy, coś dziwnie mi gorąco, teraz znów zimno, zdecydowanie źle się czuję, nie mam szczęścia, pierwszy dzień w górach i już, może jeszcze nic nie będzie. Próbowałem otrząsnąć się z tych złowrogich przypuszczeń, ale znów przyjdzie mi spać w namiocie, ten brezent wilgotny, te koce mokre i ziemia namiękła, błoto prawie. Zadzwoniłem tak głośno zębami, że wszyscy przy naszym stole spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Twarz Eli pełna współczucia. Ta Ela twarda, właściwie ona czuje się najlepiej z naszej trójki. Spała tak mocno. Swoją drogą ten włoski śpiwór musi być świetny. Przypatrzyłem się jej uważnie. Wygląda jak prawdziwa dziewczyna taternika. Drelichowe spodnie podwinięte pod kolana, gruby sweter i taka mina dziarska, zdobywcza. No, no... Jurek wstał nagle. Ruszył do drugiej sali. Poszedłem za nim.

- Cholera - mruczał Jurek - może gorąca herbata pomoże.
Tak. Jurek też załatwiony. Ale z herbaty zrezygnowaliśmy.
Przy bufecie taka ciasnota, że odechciało nam się od razu. Przylgnęliśmy do pieca. Fajny piec, dobrze grzeje. Wokół nas ci brodaci, ostrzyżeni na jeżą, jeszcze inni w fannerkach, podkolanówkach, swetrami owinięci w pasie, wyjmują z plecaków blaszane pudełka z jedzeniem, mignął ten rosły w skórzanej kurtce, to Skoczylas, z drugiej strony pieca dziewczyna o twarzy madonny mówiła z uwielbieniem: - pięknie robiłeś ten filarek, cudownie, tak sobie bez wysiłku dawałeś radę. - Głos męski sepleniący: - ja, mała, już siedem lat chodzę, i taki filarek to nic dla mnie, na Kazalnicy to dopiero było! Spojrzeliśmy tam z Jurkiem - on, tej madonny obiekt uwielbienia, to taki tyczkowaty osobnik z kępkami rzadkiego zarostu na policzkach, w okularach, z wyglądu naukowiec.

- Też - powiedział ze złością Jurek.
Z drugiej strony sali wybuchł ten śpiew jak hymn, cała sala ryczała: - Jupi aj, ktoś przygrywał na gitarze, ten śpiew potężny ogłuszył nas zupełnie. Wciśnięci w kąt za piecem opuściliśmy głowy. Podeszła do nas Ela. Pomyślałem o niej wrogo. Dobrze jej tutaj. Teraz śmieje się, wyraźnie uśmiecha się. Podoba jej się ten idiotyczny ryk. Talarek krzyknął coś do nas. Przecisnęliśmy się do stołu.

- Idziemy do namiotów - powiedziała Krystyna. Wyszliśmy ze schroniska. I Blondyn oświecał drogę latarką. Ciemno, deszcz pada uporczywie. Na niebie ani śladu gwiazd. Na taborysku płoną ogniska. Pomacałem brezent namiotu od spodu. Mokry. - No i jak wam się podoba to nasze górskie życie? - zagadnął Talarek.

- Owszem - wymamrotałem. Wyprostowałem się z trudem, udając siłę i sprężystość. W namiocie owinąłem się w namiękłe koce, jeszcze zimniej; próbowałem wyobrazić sobie ostatnie, upalne lato spędzone nad morzem, gorący piach, sosnowy, dyszący upałem las - gdzie tam, nie pomaga, ziąb coraz dokuczliwszy.

- Żeby chociaż trochę wódy - głos Jurka. Ma rację. Wódka znakomicie rozgrzewa. No i w głowie po wódce beztrosko, lżej.
Coś mi się śniło. Chyba nieprzyjemny sen, bo krzyczałem i zrywałem się kilka razy. O świcie przyjrzałem się twarzy Eli. Pogrążona w błogim śnie. Jurek podparty łokciami również przypatrywał się Eli. Trudno wstać. Byłem obolały, ciężki, nie mogłem się zmobilizować. Z trudem odrzuciłem koce. Jurek roztarł mi plecy. Ja masowałem mu nogi. Wyjrzeliśmy z namiotu, ten przeklęty deszcz przestał padać, ale dzień i tak chmurny. Nasi taternicy gotowi do drogi. Krystyna zasypuje ziemią ogień. Żeby trochę słońca... Wygrzać się, wysuszyć! Ale chyba nic z tego, niebo ołowiane. Dwaj Blondyni owijają się linami. Talarek liczy karabinki, unosi głowę.

- Nie konopki - mówi - weźcie te manilowe. - Blondyni zmieniają liny. W całym obozie ruch - liny, czekany, brzęk karabinków, szykują się wszyscy. Wpierw szliśmy tą drogą wyłożoną kamiennymi płytami nad jeziorem. Przed nami grupa facetów.

- O, tam Skoczylas - Krystyna wyciągnęła rękę - on dziś tych z kursu będzie egzaminować. - I Blondyn skrzywił się niechętnie. Krystyna jest jego dziewczyną i jemu nie podoba się to jej zainteresowanie Skoczylasem.

Talarek narzucił ostre tempo. My z Jurkiem pociliśmy się obficie. Może choroba wyłazi w ten sposób? Ale gdzie tam. Na tym ostatnim odcinku przed Szpiglasową znów pogorszyło mi się i nogi stały się jak z ołowiu, obolałe, ciężkie. Ela zwolniła nieco kroku, chwyciła mnie za rękę, próbowała badać puls. Wyrwałem szybko rękę, przecież ci taternicy mogą dostrzec i ośmieszenie gotowe. Jurek jednak nawet już nie próbował udawać, wlókł się daleko w tyle i postękiwał. - Co on tak - powiedziała wzgardliwie Krystyna. Nareszcie wleźliśmy na tę Szpiglasową Przełęcz. Postój. Wiał tu lodowaty wiatr. Po drugiej stronie skalistego grzbietu ciemnozielone jeziorko. Dalej znów zębate szczyty. Tam gdzieś mamy włazić. Przez Pustą Dolinkę, czy jakoś tam.

- Jeszcze godzinka, dwie - powiedział Talarek - i zaczniemy robotę. Przysiadłem na kamieniu. Jurek dyszał ciężko. A Ela, jakby szydząc z nas, spacerowała po półce skalnej tam i z powrotem, paliła papierosa. Byłem załatwiony odmownie. Wyraźnie, bez żadnych już złudzeń, przeziębienie. - Ruszamy - pierwsza poderwała się Krystyna. Zagrzechotały karabinki przyczepione do lin. Pierwszy szedł Talarek, za nim reszta. Ela też ruszyła za nim. Jurek spojrzał na mnie przenikliwie. Zrozumiałem to jego spojrzenie. Szybko wstałem z kamienia i zawyłem donośnie.

- Jupi aj, Jupi... Obejrzeli się.
- Opracowaliśmy inną trasę! - krzyknął Jurek. Raźnym krokiem poszliśmy z powrotem. Tupot kroków. Wróciła Ela. Przed samym schroniskiem Jurek zatrzymał się, popatrzył na niebo.
- Coś mi się wydaje - powiedział z satysfakcją- że niedługo lunie. Rzeczywiście niebo skołtunione, zza Rysów wypływa dużo ciemnych chmur. W schronisku przestronnie. Prawie wszyscy taternicy wybierali się dziś na ściany. Został tylko jeden zespół w pierwszej sali. Więc przeszliśmy do drugiej. Tamci stroją gitarę, już pojedynczy głos nuci coś z cicha. Pośpiesznie piliśmy herbatę.

Przyjechała wycieczka dzieci szkolnych z Krakowa. Facet w tyrolskim kapeluszu przewoził dzieci na drugą stronę jeziora. Została tylko trójka wybladłych chłopczyków, z wyglądu pierwszoklasiści. Podobno rozchorowali się w drodze. Wodzili osowiałym wzrokiem po sali. Bernardyn zawarczał krótko przez sen. Jurek odstawił niedopitą herbatę i wyszedł przed dom. Ela rozmawiała z kierowniczką schroniska, panią Łapińską. Stara się o aspirynę dla mnie. Wróciła z jedną pastylką. Ci z pierwszej sali podeszli do bufetu.

- To też z kursu - powiedziała Ela - oni zdawali egzamin przed tygodniem. - Skąd ona to wie?
Drzwi otworzyły się z łoskotem. Wpadł Jurek.
- Zdobyłem taksówkę - śmiał się radośnie. Też ucieszyłem się. W naszym stanie to najwygodniejszy powrót.
- Tylko trzeba tym taternikom zostawić jakąś wiadomość - zastanawiał się Jurek. - No... tak żeby nie wiedzieli...
- Jasne - przytaknąłem.
- Zostawiliśmy im taki liścik: "Przenosimy się na Halę Kondratową. Chcemy iść przez Czerwone Wierchy na Ornak. Tam pochodzimy trochę po górkach. Dziękujemy za wszystko. Do zobaczenia".

Karteczkę zostawiliśmy kierowniczce schroniska.
Załadowaliśmy plecaki do bagażnika taksówki.
- Co, pogoda wygania? - zapytał kierowca. - Tak - odparłem. - Zresztą zrobiliśmy kilka ładnych wejść. Na razie wystarczy.
Ruszyliśmy. Za Roztoką zaczął padać deszcz. - Oni chyba wracają- powiedział Jurek.

W Zakopanem kupiliśmy bilety pierwszej klasy. Wygodne miejsca, l tak zresztą droga męcząca, bo dokuczała nam gorączka. Ela przykładała nam kompresy ze zmoczonej chusteczki. Potem w Warszawie od razu położyłem się do łóżka. Leżałem dziesięć dni. Jurek siedem. Eli nie było nic, miała tylko leciutki katar.

I jeszcze jedno. W Alejach Jerozolimskich jest taka herbaciarnia "Gong". Tam zbierają się wszyscy taternicy, mówiła nam Krystyna. Teraz unikamy tej herbaciarni starannie.

Opowiadanie pochodzi z książki:
"Najlepsze polskie opowieści o górach i wspinaniu"
wydanej przez wydawnictwo "Stapis"

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Bazy noclegowe


Ostatniej zmiany na stronie dokonano29 marca 2012, 19:46
Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości