Czesław Momatiuk - 'Na wagę złota'

Na stole leżały cztery szyszki limby. Pozbawione nasion wyglądały jak małe karłowate kaczany kukurydzy. Obok garść rozsypanych orzeszków układała się w brunatną mozaikę.
- Mówisz, że za kilo nasion płacą czterysta złotych? - zapytał Józek, a po chwili niepewnie dodał:
- Może spróbować. Co?
Oczywiście. Czterysta złotych za kilogram. Przecież tyle można zebrać przez godzinę. No, najwyżej dwie...
- Pójdźmy jutro - zaproponowałem.
- Chodźmy dziś - Józek spojrzał na zegarek - jest dopiero jedenasta.
Przytaknąłem. Oczywiście, dlaczego odkładać to do jutra. Mamy jeszcze przed sobą co najmniej siedem godzin dnia. Odliczając dwie godziny na dojście, pozostawało nam pięć godzin na zbieranie. Kilogram w dwie godziny, to by wypadało dwa i pół kilograma nasion, czyli tysiąc złotych na dniówkę. Roześmiałem się ze zdumienia - tyle pieniędzy...
Popędziłem na pięterko po skafander i jakąś torbę na nasiona. W dwie minuty byłem z powrotem na dole. Józek, przepasany swym zielonym skafandrem, z plecakiem przewieszonym przez ramię, już czekał na mnie.
Niecierpliwił się:
- Chodźmy szybciej. Mamy jeszcze tylko siedem godzin. Gdy ruszyliśmy, zapadło milczenie. Mógłbym jednak przysiąc, że Józek liczy w myślach pieniądze, które zarobimy. I ja je liczyłem...
- Do końca urlopu możemy zarobić dwadzieścia osiem tysięcy - zaczął Józek po dłuższej chwili.
- No, może być niepogoda... Może lać... - zauważyłem.
- Jak zarobimy dziesięć, to i tak będzie kupa forsy.
- Pewnie - zgodziłem się - pięć patyków na głowę za dwa tygodnie obijania, to kupa forsy,
Przestaliśmy mówić, by iść jeszcze szybciej. Od leśniczówki przyspieszaliśmy systematycznie i w końcu przeszliśmy w lekki trucht.
Po pięciu minutach Józek znów podjął temat:
- Wiesz, przez wakacje można tyle zarobić, że wystarczy na cały rok. To było jasne, więc nic nie odpowiedziałem, a on mówił dalej:
- Mógłbym swobodnie skończyć swój przewodnik po Pieninach.
- A ja strzeliłbym moją fabryką...
- No pewnie.
Za mostem na Wodogrzmotach szosa gwałtownie skręcała w prawo, a my ruszyliśmy w lewo, stromo pod górę, najpierw przez gęsty zagajnik, potem przez stare poręby w kierunku urwistego zbocza Wołoszyna, porośniętego już stąd widocznym borem, w którym, jak kwintesencja lasu, wyróżniały się swą ciemną zielenią limby.
Szliśmy ostro pod górę, nie oglądając się na świat, już nam obcy, bo daleki, ubogi i ciężko pracujący. My wyzwoliliśmy się od niego i wystarczyło na to paru chwil pogodnego, letniego przedpołudnia. Każdy mógłby tak zrobić jak my, ale ludzie boją się ryzyka...
Wspinaliśmy się na przełaj przez strome zbocza, czepialiśmy się korzeni drzew i wystających spod ziemi skał. Drogę zagradzały nam miejscami pionowe, granitowe progi, których pokonanie wymagało dużej zręczności. Widać było od razu, że to teren nie tknięty stopą ludzką przynajmniej od kilkudziesięciu lat.
Józek wyprzedził mnie o parę metrów i pierwszy dopadł dużej limby. Zgarbiony, jak starzec, chodził w kółko wpatrując się w igliwie.
- Jest - wykrzyknął triumfalnie i podniósł w górę znalezioną szyszkę. Gdy podszedłem do niego, on już wyłuskiwał na dłoń małe, trójgraniaste, nieco jajowate orzeszki. Było ich jednak niewiele, najwyżej dwadzieścia.
- Chodźmy w górę, tam jest więcej limb. Tu szkoda czasu.
I poszliśmy w górę. Rzeczywiście było tam więcej limb. Pochyleni, z nosami przy ziemi przeszukaliśmy igliwie. Szyszek było dużo, ale prawie każda pusta, pozbawiona nasion.
- Może ktoś tu już był przed nami? - zapytałem retorycznie.
Józek w odpowiedzi ruszył ramionami, co miało oznaczać, że zupełnie nie wie.
Prawdy dowiedzieliśmy się w godzinę później, gdy przechodziliśmy pod starą, kosmatą od porostów limbą - z drzewa zerwała się gromada wielkich i przeraźliwie skrzeczących ptaszysk.
-To one...
Józek popatrzał na mnie, potem na ptaki lecące w dal, do innych drzew, i wreszcie na plastikowy woreczek, którego dno ledwo przykrywała warstwa orzeszków. Zacisnął szczęki i przez zęby zasyczał:
- Żeby zdechły!
Trudno się było z nim nie zgodzić.
Potem popędziliśmy dalej w górę, szukając pojedynczych ziaren w setkach szyszek. Pięliśmy się na granitowe tumie sterczące ze zbocza. Właziliśmy na drzewa, sypiące za kołnierze całe garście pyłu, igliwia i suchych, drapiących porostów. Byliśmy cali brudni od żywicy, ale zapał nasz nie stygł. Wręcz przeciwnie, wydawało się nam bowiem, że wreszcie trafimy na jedną limbę, którą ominęły ptaki. Takie jedno drzewo wystarczyłoby zupełnie, by cały nasz trud opłacił się stokrotnie...
Godziny upływały, a my niezmiennie, nie zwracając uwagi na otoczenie, narażając się co chwila na skręcenie karku, wspinaliśmy się po urwisku. Niekiedy rozchodziliśmy się na paręnaście minut, ginąc sobie z oczu w plątaninie żlebów, jarów, skał i drzew, a potem, nieodmiennie, znajdowaliśmy się pod jakąś limbą, gdy jeden z nas, zgięty w kabłąk, już tam grzebał w igliwiu.
W tej gonitwie mijaliśmy bez zmrużenia oka najwspanialsze zakątki, a przyroda, jak na urągowisko, na tej niewielkiej przestrzeni zgromadziła wszystko, czego mógłby zapragnąć największy nawet esteta: były tam wspaniałe świerki o stożkach geometrycznie regularnych - myśmy ich prawie nie dostrzegali, bo z drzew interesowały nas tylko limby. Były tam skały przybierające najdziwniejsze kształty - myśmy je omijali z daleka, wyszukując najłatwiejsze drogi. Rosły tam łopiany o ogromnych, aksamitnych liściach i wspaniałe, sięgające pasa paprocie - przeklinaliśmy je, bo w nich ginęły szyszki. Były wreszcie ptaki, którym życzyliśmy, żeby zdechły...
Dopiero zmierzch przerwał nasze poszukiwania. Gdy weszliśmy na szczyt góry, było już tak ciemno, że nie potrafiliśmy odróżnić szyszki od kawałka butwiejącego drewna.
Usiedliśmy na wierzchołku skałki, odpoczywając po raz pierwszy od dziesięciu godzin.
Wziąłem do ręki plastikowy woreczek i zważyłem go w dłoni. Miał jakieś piętnaście do dwudziestu deka - osiemdziesiąt złotych do podziału...
Słońce skryło się już dawno za graniami na zachodzie, ale niebo pozostało jeszcze nadal jasne i w tym miejscu najjaśniejsze, tylko na wschodzie błękit dawno już przeszedł w granat. Z dolin wiało chłodem i rosa zaczynała osiadać na trawie. Obaj, prawie jednocześnie, dojrzeliśmy pierwsze gwiazdy, maleńkie, migocące, jak zmęczenie w oczach.
Granie poczęły się zlewać z niebem i ziemia stawała się cząstką zimnego wszechświata.
Byliśmy zmęczeni.
Józek wstał powoli, prostując się przesadnie. Zarzucił na ramię pusty plecak i powiedział:
- Co? Schodzimy na dół...

Opowiadanie pochodzi z książki:
"Najlepsze polskie opowieści o górach i wspinaniu"
wydanej przez wydawnictwo "Stapis"

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Bazy noclegowe


Ostatniej zmiany na stronie dokonano29 marca 2012, 19:46
Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości