Jan Długosz - 'Lawina'

Kłęby rozpylonego w powietrzu śniegu zaczynają z wolna opadać. Stoję na niepewnych, chwiejnych nogach, zbierając myśli. W zupełnej pustce kołaczą jak muchy o szybę natrętne pytania: "Czy tylko ja się uratowałem? Trójka jest na pewno tam, na dole, ale gdzie jest Adam? Może został wyżej?"
Wytężam nienajlepszy wzrok; w górze majaczy ciemna sylwetka, przymrużam oczy: chyba się porusza...
- Adam, to ty?! - wrzeszczę.
- Janek! Żyjesz? - dolatuje niepewna odpowiedź.

Niewyraźna ciemna plama powiększa się, kontury zarysowują się ostrzej - wreszcie rozpoznaję wystraszoną twarz człapiącego ku mnie Adama. Wygląda raczej na całego, tylko czapkę i czekan porwała mu lawina.
- Aleśmy mieli niewiarygodne szczęście! - powtarzam chyba po raz dziesiąty.
- Tak, tak, chodźmy prędko do nich - odpowiada niespokojnie Adam. Przytomnieję.
Za chwilę patrzymy w kilkusetmetrowe, przecięte prawie pionowym żlebem urwisko. Nie mówimy nic, wielkiej nadziei nie ma.
Schodzę wolniej, przeszkadza mi brak okularów i złe raki. Na niektórych głazach czerwone plamy: krew. Boję się tego, co zastaniemy. Wciąż nie mam jeszcze wrażenia, że to rzeczywistość, raczej zły sen. Jak w transie pokonuję trudne strome odcinki -chciałbym się zbudzić, ale w głębi duszy wiem, że to niemożliwe. Z dołu słyszę okrzyki:
- Janek, prędzej!

Mijam ostatnie kręte skały i widzę niewiarygodnie wielkie lawinisko sięgające aż po zamarznięty staw, do połowy zasypaną figurkę Staszka i Adama nerwowo grzebiącego rękami. Za chwilę cwałuję po ubitej lawinie i zaczynam ryć z drugiej strony bezwładnej ręki w skafandrze. To Hanka.
Nie wiem, czy to sekundy, minuty czy kwadranse, Hanka żyje; jest żółta jak Chińczyk - zdaje się, złamana ręka - ale żyje, choć potępieńczo szczęka zębami.
- Adam! Janek! - woła unieruchomiony złamaną nogą Staszek. - Zostawcie ją! Szukajcie Mańki!

Jak szaleńcy chwytamy za ginącą pod śniegiem linę i potykając się, upadając i podnosząc, wyrywamy jaz białego labiryntu. Lina, wściekle poskręcany wąż - robi przedziwne pętle, odbiega, zawraca. Opór, kopiemy gołymi rękami - psia-krew! -blok skalny i znów w lewo, w prawo, ósemki, łuki, wreszcie w dół. Głębokość śniegu jest odwrotnością naszych nadziei, z uporem krwawimy palce o zamarznięty śnieg. Słychać tylko świszczące oddechy. Nad nami słońce, beznamiętne, obojętnie oświetlające nas słońce. Hanka i Staszek bez słowa czekają na wynik. Znikamy prawie w wykopanym dole, przeszkadzając sobie nawzajem.
Dokopuję się pierwszy. Głębokość ponad metr, leży głową w dół. Zlepione krwią włosy, ostatnie grudki śniegu i sina twarz. To chyba koniec. Adam ustawia jej język we właściwym położeniu i nagle... cichy jęk - zaczyna oddychać.
- Żyje! -krzyczę.
- Żyje... - cieszą się asystujący z oddali Hanka i Staszek.
Jest zupełnie nieprzytomna.

Słońce cofnęło się trochę ku zachodowi i obejmuje nas cień - kilkanaście stopni mrozu, trzecia po południu, za półtorej godziny noc. Przerywamy bezskuteczne cucenie.
- Adam, leć do Popradzkiego, ja zostanę z nimi. Znasz drogę?
- Przez próg do Złomisk, potem prosto?
- Tak. Wracaj zaraz. Jakieś jedzenie, tobogan - zadzwoń po "Zachrankę"*1 !
- Trzymajcie się. Lecę!
- Adaś, tylko po gazie, po gazie, spiesz się! - wtrąca Staszek.
Adam pędzi twardym lawiniskiem, ale wnet zaczyna zapadać się w śniegu, fika kozła za jakimś wystającym głazem i znika. Zostaję sam z trzema połamańcami. Sam, na nie wiadomo jak długo - w najlepszym wypadku na pięć, sześć godzin, w najgorszym...

Cień obejmuje już Hankę, dochodzi do Staszka. Hen w górze, prawie kilometr nad nami, niedostępny Czeski Szczyt i Wysoka.
- Wiesz - mówi Staszek - kiedy to wszystko stanęło i spojrzałem do góry, o rany! - pomyślałem, jak wysoko trzeba będzie podchodzić... Teraz - dodaje - żeby tylko jakoś z tego wyjść...
- No, no, nie jest znowu tak źle - odpowiadam niepewnie.

Robi się cholernie zimno. Nadaremnie usiłuję odszukać zarzucone w śniegu rękawiczki. Jestem w samej koszuli, bo na moim skafandrze i swetrze leży Maryna. Zaczyna mnie trząść - ponownie zabieram się do cucenia. Maryna nie reaguje na słowa, na rozcieranie skroni śniegiem, na klepanie po policzkach. Bełkocze coś. Wtem otwiera oczy i przypatruje mi się uważnie:
- Ktoś ty? - pyta. - Czemu mnie budzisz! Ja chcę spać! - zaczyna płakać: - Zostaw mnie! Zostaaw! Tak ciepło... Wiosna - ptaszki, pszczoły brzęczą... Zostaw! Brzęczą!!
Po chwili otwiera oczy, tym razem przytomniejsza:
- Janek - szepce słabo - co się stało? Ja chcę do domu... Mamusiu! Tłumaczę jej jak dziecku, że to jest niemożliwe; polecieliśmy z lawiną, Adam poszedł po pomoc i zaraz wróci. Kiwa potakująco głową, ale zaczyna znowu swoje:
- Czemuś mnie zbudził? Ja chcę do domu...

Jestem trochę tym wszystkim zmęczony. Na dobitek Staszek i Hanka dają znać o sobie chóralnymi krzykami i szczękaniem zębów - nie czują zmarzniętych nóg. "Muszę posadzić moich rozbitków razem - myślę - zawsze cieplej. Najlepiej będzie ściągnąć Staszka w dół". Ale napotykam na opór; optymizm Staszka przez te półtorej godziny ulotnił się trochę i nie pozwala ruszyć złamanej nogi. Niosę w górę na wpół przytomną Marynę i wracam po Hankę. Odwracam się na krzyk. Maryna jak wanka-wstańka kiwa się nad Staszkiem:
- Ktoś ty? Ja idę do domu...
- Mańka! Maańka! Zwariowałaś? Uważaj!! Janek! Janek! Bo ona upadnie i do reszty mi złamie tę nogę!
Zanim zdążyłem dolecieć, Maryna, zataczając się jak nałogowy alkoholik, schodzi w dół - w połowie lawiniska leży jak długa. A więc - od początku. Wreszcie wszyscy są razem. Sadzam ich na skafandrze. Robi się zupełnie ciemno. Noc.

Była nas piątka: Maryna, Staszek, Hanka, Adam i ja. Zdecydowaliśmy się na powrót do Krakowa i z żalem patrzyliśmy na skrzącą w słońcu lodem panoramę Mięguszowieckich Szczytów i ciemne, gdzieniegdzie tylko przyprószone śniegiem urwisko Kazalnicy. Wiedzieliśmy, że góry zobaczymy nie wcześniej jak wiosną, słonecznym, ciepłym kwietniem. I nagle Staszek zawołał:
- Popatrzcie! Chmurka nad Żabim Koniem!

Rzeczywiście - maleńka różowa chmureczka. To ona była wszystkiemu winna. Dobrze po południu, zamiast jechać wygodnie w wagonie, daliśmy się zaskoczyć zmierzchowi pod wierzchołkiem Rysów. Ciemną już nocą dygotaliśmy w burzy i zawiei na szczycie, a Staszek usiłował znaleźć drogę. Robiło się coraz przepastniej, teren nawet jak na noc - kiedy nie widać ekspozycji - był stanowczo za stromy.
W końcu dobrnęliśmy do rozległych śnieżnych pól ukrywających na swoich zboczach maleńkie pudełeczko - Chatę pod Rysami. Dolinkę zaległa mgła - pierońsko zimno - dziewczęta skarżyły się na odmrożone nogi. Rozstawiliśmy się w tyralierę przeszukując stok. Mieliśmy szczęście, jak po sznureczku trafiliśmy na majaczące w ciemności schronisko. Zimą nikt tu nie mieszka. Wewnątrz ciemno, zimno - nie palono ładnych parę miesięcy - temperatura poniżej zera. Troskliwie zamknęliśmy targane śnieżycą okno.

Spaliśmy jak zabici nie słysząc jednej z największych tatrzańskich śnieżyc, jaka rozszalała wkrótce. Rankiem termometr pokazywał minus 25 stopni, a huragan pędząc masy śniegu chciał zerwać dach. O wychyleniu choćby nosa na zewnątrz nie mogło być mowy. Zaczęły się perypetie z paleniem w piecu. Rozpalony ogień natychmiast zgasł. Kiedy wykryliśmy, że rura do komina zatkana jest papierem, wiatr zaczął nam dąć śniegiem poprzez palenisko na pokój. Staszek znalazł gdzieś w rupieciarni komin z kogutkiem od wiatru. Wyprawa - by ustawić go na dachu - trwała około pół godziny, a Adam odmroził rękę. Ale jak za to potem było ciepło... Odkryliśmy zamaskowany skład drewna i napaliliśmy jak w łaźni.

Miło wspominam tamte chwile. Naokoło nas szalało piekło, w krótkim czasie niszczące każde życie, a tutaj my - zagubieni w ogromnych śniegach, w samym sercu gór - samotni i niezależni, zastanawialiśmy się, jaką jeszcze potrawę można wykombinować z długiego makaronu i konserwowych "paradajków". Wieczorem kiedy wiatr targał z wściekłością okiennicami, zmywaliśmy talerze śpiewając smętną "bandoskę". Byliśmy szczęśliwi, że burza trwa, byliśmy szczęśliwi wbrew
wszystkiemu, wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Kolo południa przejaśniło się trochę. Mężczyźni postanowili zrobić wypad na Wysoką. Na szczęście wiatr pozwiewał śnieg z północnych ścian i nie groziły lawiny. Sto metrów pod wierzchołkiem zatrzymała nas przewieszka. Zrobiło się późno - musieliśmy zatrąbić na odwrót. Zmrok złapał nas koło przełęczy, ale światełko doprowadziło do schronu. Postanowiliśmy jutro powrócić.

Rano pogoda przedstawiała się kiepsko - lecz cóż, słowo się rzekło. Szczyt osiągnęliśmy w huraganie, śnieżycy i mgle. Schodząc tonęliśmy w białej pierzynie aż po uszy - śnieg zasypywał ślady. Nie obeszło się bez lekkich odmrożeń i trudne byłoby trafić do "domu", gdyby nie Hanka stojąca z lampą naftową w oknie.
Ale na drugi dzień głód zaglądnął nam w oczy. Nawet makaron i pomidory się kończyły. Należało wracać. Pogoda dopiero o zmroku pozwoliła na rekonesans. Szczyt Rysów i droga zejściowa tonęły w śniegu.
A więc jutro wieczorem powrót - zadecydowaliśmy.
Znaleziona przypadkiem puszka mięsa poprawiła humory. A może by tak rankiem -jeśli będzie ładna pogoda - skoczyć z dziewczętami na Czeski Szczyt? Zrobić kilka zdjęć?

Zimowe wieczory są długie. Ciemno robi się już po czwartej, a śpi się dopiero o dziewiątej. Co tu robić? Dyskutować, śpiewać, grać w karty - można tylko do czasu.
- Postaw mi kabałę - zaproponowała Maryna.
Jako baczny obserwator zajmującej się tym nałogowo starej ciotki, miałem pewe umiejętności w tym kierunku. Z niewielu zestawień kart i pojęć natury ogólnej, że kier to miłość, a trefl - kłopoty, zapamiętałem zestawienie oznaczające śmierć: as trefl, dama trefl i dziewiątka trefl. Kiedy koło damy karo symbolizującej Marynę ułożyła się powyższa kombinacja - poczułem się trochę nieswojo. Reszta towarzystwa wyraziła pewne zainteresowanie:
- No to postaw mnie! - z uśmiechem zaproponował Staszek. Ku ogromnemu zdziwieniu mimo wielokrotnego tasowania i przekładania kart - as trefl, dama i dziewiątka otaczały Staszka wianuszkiem. Popatrzyliśmy na siebie...
- Teraz moja kolej - powiedział Adam. Wszyscy skupili się przy stole, kiedy odkrywałem karty. W najbliższym sąsiedztwie Adama czerniły się krzyże: as, dama...

Poczułem się bardzo głupio, jak mało kiedy w życiu, coś, co sam traktowałem jako żart, coś, w co nie sposób było uwierzyć, jednak pomimo wszystko dawało wiele do myślenia. Kiedy kładłem kabałę dla siebie, czwórka zbitych głów zasłaniała widok na czarno-czerwone obrazki. Wszyscy milczeli, słychać tylko było podekscytowane oddechy. Obok mnie stały rzędem: as, dama, dziewiątka... Nagłym ruchem ręki zmiotłem karty:
- Do diabła z głupstwami!
Ale pogodny nastrój nie wrócił, milczeliśmy patrząc na siebie nieufnie.
- Polecimy z lawiną - zawyrokował Adam.
- Trzeba będzie cholernie uważać przy zejściu...
- Wrócimy wieczorem, jak nie będzie słońca - powiedział Staszek. Usiłowałem się uśmiechnąć:
- Eee, kto by tam wierzył w karty,,.
To nie była prawda, mówiąc już te słowa słyszałem, że zabrzmiały fałszywie - irracjonalny niepokój z każdą chwilą rósł.

Dzień wstał piękny jak nigdy. Noc wypędziła strachy, a reszty dokonało nie oglądane od wielu dni słońce. Weseli pstrykaliśmy zdjęcia i w najlepszych humorach podchodziliśmy pod Kogutka *2 . Śnieg był twardy, ale wczorajsza kabała podświadomie kazała dmuchać na zimne. W efekcie związaliśmy Staszka z dziewczętami i szliśmy ostrożniej niż zwykle. Na Kogutku ogarnęło nas znowu słońce i weszliśmy na oświecone południowe stoki. Tutaj spuszczane w dół małe kulki śnieżne szybko rosły w ogromne kule. Przytłumiony niepokój obudził się znowu.
- Jest cholernie lawiniasto - powiedziałem.
Ale Staszek miał do mnie jakieś zadawnione pretensje i każdą uwagę zbywał ironicznymi okrzykami. Zresztą słońce, ciepło - nie pozwalały uwierzyć w nieszczęście. A potem stało się to wszystko bardzo nagle.
Dochodziliśmy do szczytu, kiedy śnieg drgnął pod nogami i raczej wyczułem, niż usłyszałem tępy dźwięk. Nagle pobledli, przystanęliśmy bezradnie, patrząc w dół. Gdzie uciekać? Ogromne pola śnieżne odcinają odwrót, kilkanaście metrów nad nami wyrasta ze śniegu potężny głaz. Boże! Żeby się tam dostać...
- Uważajcie! Pękło! Krzyczę do Staszka i niepomni na nic, w szalonym, zwierzęcym wprost strachu przebiegamy kilkadziesiąt nerwowych kroków. Trzymam już z całej siły ręką mocną skałę, ale nie czuję się bezpiecznie. W żlebku nade mną widzę głęboką szczelinę w białej pokrywie - w dole słyszę gderający głos Staszka:
- Gdzie pękło? Gdzie pękło? Wcale nie jest lawiniasto...
Ale już podminował nas lęk. Adam zdławionym głosem żąda, żebym szedł dalej. Jestem bezradny jak dziecko, w głowie jedna myśl - wszystko przepadło... Do szczytu jakieś trzydzieści metrów, idę z rozpaczą dalej, brnę w mokrym śniegu po piersi, walczę o każdy metr i sekundę. To już nie ja - to sam instynkt życia.

Pęknięcie zostaje w dole, teren lekko się kładzie, śnieg już tylko do połowy łydek, raki zgrzytają po skale - ostatnie metry do wierzchołka. Zaczynam mieć nierozsądną nadzieję, że i tym razem się uda. Po cichu ślubuję sobie, że już nigdy więcej.
Jeszcze dwa, trzy kroki i będę bezpieczny. I nagle...
W ułamku sekundy rusza cały otaczający mnie świat. Próbuję hamować czekanem, lecz niezupełnie zdaję sobie sprawę z tego, co zaszło. Wylatuję w powietrze jak z katapulty i w szaleńczych saltach widzę tysiące ton śniegu sunące po zboczach. Wiem, że to koniec, żadne obrazki z dzieciństwa, tylko myśl: szkoda, że tak głupio. Lecę, uderzam, odbijam się i znów lecę. Tylko jedno pragnienie - palnąć tak, żeby przestać czuć i mieć spokój! Nie może być mowy o jakimś działaniu; porwał mnie piekielny kołowrót, magluje, przewraca, strąca z kilkunastometrowych progów, dziwnym zrządzeniem losu - w miękki śnieg.

W pewnej chwili lawina trochę zwalnia - ogromne zwały nie mogą się pomieścić w wąskim gardle żlebu. Uzmysławiam sobie, że trę brzuchem po zlodowaciałym zboczu, że przygniatają mnie mokre masy śniegu i że mam czekan w garści. Próbuję hamować. Wyrywa mi ostrze, ale pętelka na przegubie pozwala walczyć dalej. Robi się jaśniej, jasno - wstaję.
Kątem oka widzę przewalającą w prawo, rwącą śnieżną powódź, kawałek liny, czyjeś rozwiane włosy. I cisza. Świeci słońce. Wstaję oszołomiony, ogłupiały i właściwie bardzo zadowolony. Żyję! Naprawdę żyję! Świat wygląda nierealnie. Jakieś ogromnie wielkie góry, których nie było, i fakt, że jednak żyję. Okulary oczywiście zginęły w lawinie, toteż otaczające kontury są nieco zamazane. Powoli wraca zdolność rozsądnego myślenia. Gdzie reszta? Do podświadomości wkrada się przytłumiony, rosnący huk. Patrzę w dół i daleko w głębi widzę wysypującą się na gładką taflę stawu lawinę. Podnoszący się śnieżną chmurą pył lśni kryształkami w słońcu. Ciarki przechodzą mi po plecach - reszta jest TAM!

Noc. Wyiskrzone gwiazdami niebo. Czarne kontury szczytów. Cisza, zastygłe lawinisko i my - czwórka rozbitków, która czeka, trwa i musi przetrwać. Z mroków odzywają się co chwilę żałosne głosy:
- Janeczkuu, ja już nogi w ogóle nie czuję...
Biegam, masuję nogi, ręce, biję po plecach. Nie mogę się roztroić, dlatego ktoś ciągle narzeka. W myśl niezbyt może słusznej zasady, że tego boli najwięcej, kto najgłośniej wrzeszczy - najgłośniejszych obsługuję w pierwszej kolejności.
- Janek, jak myślisz, czy Adam doszedł? Może Słowacy nie chcą tu przyjść? - dopytuje się Staszek.
- Może coś mu s...się stało, przecież do...dobrze nie z...znał drogi - jąka się Hanka.
- Rany Boskiee, jak bolii! - narzeka Staszek.
- Janeczku, rozgrzej mi nogi... Jasieńku, wołajmy! - prosi Hanka. Minęło dopiero kilka godzin i pomoc o ile jest nawet w drodze - to daleko. Ale lepiej robić coś niż nic. Krzyczę w ciemność - chwila oczekiwania. Hen w dole jakby
głos syreny okrętowej.
- Oho, pogotowie - mówi Hanka.
Wiem doskonale, że to električka w Szczyrbskim Plesie, ale niech tam! Hanka szczęka zębami, Staszek narzeka, Mańka jest chwilami zupełnie nieprzytomna, ale właściwie wszyscy są dzielni. Chcę ich jakoś zająć, opowiadam niestworzone historie, deklamuję nawet aktualny wiersz Gałczyńskiego:

Księżyc w niebie jak bałałajka,
ech! za wstążkę by go tak ściągnąć
i na serduszko -

Jestem w samej koszuli. Po kilku minutach masowania, kiedy czuję, że sztywnieją mi ręce, urządzam dziki bieg dookoła naszej trójki - zabijając po dorożkarsku ręce. Staszek patrzy na mnie z zazdrością. Jestem lekko podniecony, zmarznięty i głodny. Chciałbym, żeby już przyszli. Wierzę, że wszystko skończy się dobrze - tylko ten przeklęty mróz. Nie zastanawiam się nad tym, co będzie jutro lub za tydzień - teraźniejszość absorbuje mnie całkowicie. Nie czuję jeszcze posmaku tragedii - dotąd wszystko w porządku - ale niejasne przeczucie mówi mi, że za kilka godzin, jeśli nie daj Boże zerwie się wiatr... Ciągle nie mogę zrozumieć, jak piątka ludzi może zjechać kilkaset metrów z tak apokaliptyczną lawiną i żyć.
Nogi, ręce, plecy, bieg wkoło, monotonne pojękiwanie Staszka, szczękanie zębami Hanki i bredzenie Maryny. "Księżyc w niebie jak bałałajka"... Dlaczego jak bałałajka, do cholery? Ogarnia mnie złość na Bogu ducha winny księżyc i Gałczyńskiego. Żeby już przyszli albo co...
Minuty rosną w kwadranse, te przemieniają się w godziny.
- Jasieńku, masuj...
- Czemu ich nie ma? - pyta Maryna.
Tłumaczę spokojnie to, o czym sam nie jestem już tak głęboko przekonany, że jeszcze nie mogą być. Zaczynam marznąć. Koszula, choć wełniana, na dwadzieścia stopni mrozu to mało. Znów bieg z zabijaniem rąk...
- Ja się boję! Mamo! Mamoo!! - bredzi Maryna.
Biję, klepię i spokojnym rzeczowym argumentowaniem wypędzam wkradające się zwątpienie. Boję się jednego: najpóźniej za godzinę powinniśmy usłyszeć pomoc - czyżby Adam jednak nie doszedł?
- Janek, wołajmy. Może już idą?
Chcę im tłumaczyć, że to nie ma sensu - ale macham z rezygnacją ręką i nawet dołączam się do przypominającej bardzo, bardzo stary i rozstrojony instrument trójki. Z dołu słychać niewyraźną jeszcze, ale nic będącą echem odpowiedź. Nasze krzyki zmieniają się w triumfalny ryk.

Nastroje od razu inne. Staszek dowcipkuje, wraca troska o doczesne sprawy, o to, żeby nie odmrozić kilku palców. Jestem zatrudniony jak nigdy przedtem.
Wołamy co chwilę w ciemność. Jak wolno, jak długo wlecze się czas w oczekiwaniu na to, w co już prawie przestaliśmy wierzyć. Myślimy teraz tylko o tym, że wkrótce zjemy może coś ciepłego i otulimy się w koce. Ale głosy nie przybliżają się zbytnio, stale są jakby w jednakowym oddaleniu. Pozwalam sobie na makabryczny żart:
- Wiecie co? Ale byłaby heca, gdyby ich teraz przysypała lawina!
Żart nie znajduje uznania:
- Daj spokój wróżbom! Już raz stawiałeś kabałę!
Zamierzam ich wykpić, ale mój uśmiech niknie na łoskot schodzącej niedaleko lawiny. Hanka i Staszek krzyczą w ciemność, by się upewnić, że nic nie zaszło. Cisza. Teraz i ja próbuję bezskutecznie siły swojego głosu - nikt nie odpowiada. Spada na mnie grad pretensji:
- A widzisz, widzisz! To twoja wina!
Śmieję się z tych zarzutów, ale nie potrafię wytłumaczyć milczenia ekipy ratunkowej. W moich rozbitków wstępuje znów apatia - siedzą osowiali, nie żądają już masowania, Maryna bredzi. Patrzą na mnie krzywo. Nie ma rady, sam mimo wszystko zaniepokojony, schodzę lawiniskiem w dół. Wkrótce czarna, żałośnie pokrzykująca grupka, podobna do stadka przycupniętych w gnieździe piskląt, niknie mi z oczu. Brnąc w śniegu i przewracając się na nierównościach schodzę na staw. Kiedy staję na progu opadającym do Doliny Zlomisk, wydaje mi się, że już wiem. "Muszą być blisko i wielki załom ściany tłumi ich głosy" - myślę. Decyduję się na okrzyk:
- Heej! Haloo! Chóralna odpowiedź wybucha tuż, tuż.

Pierwszy rzut: Adam, kucharz ze schroniska czeskiego, kelner i tragarz. Tobogan, wódka, kiełbasa i bulki. Jemy, masujemy. Maryna przestała bredzić i goli wódę. Pogoda się psuje. Gwiazdy znikają. Zaczynamy transport. Adam z Julem prowadzą Hankę pod ręce. Ja z dwoma innymi ciągniemy Staszka i Marynę na toboganie. Na twardym lawinisku dobrze - potem katorga. Kopny śnieg, obciążone ponad normę sanie wcinają się głęboko. Ciągniemy cztery, pięć kroków i trzeba odpocząć. Serce wali jak młotem. Nie wiem, jak długo to trwało - może godzinę, może dwie, jak przez mgłę przypominam sobie, że dobrnęliśmy do stawu. Nagle Julo pochyla się w przód, nasłuchuje, zwija rękę w trąbkę i krzyczy. Odpowiada mu bliski odzew. "Zachranka!!"
Wyczerpani stajemy i patrzymy, jak na niedalekim progu Doliny Złomisk pojawia się mała figurka - jedna, dwie, potem cała chmara. Andrassi, Julo Parak, Vlado Simo, Stefan Sepela i inni. Starzy znajomi. Powitaniom nie ma końca. Staszek Worwa
zapomina o złamanej nodze i szczebioce jak ptaszek:

- A pomnis, pomnis u Teryeho *3 ? Ano, ano Marta, velmi dobree... Ake je s' Martou?
(Marta to żona Vlada, jedna z najładniejszych Słowaczek, do której po cichu wszyscy wzdychali). W rozgwarze powszechnej radości i odprężenia uświadamiam sobie, że jestem potężnie zmęczony, głodny i mam tego wszystkiego dość. Nagle dają znać o sobie rozmaite części ciała, których przedtem nic czułem. Zaczyna mnie boleć głowa. Jednak okazuje się, że mój lot nie przeszedł zupełnie bez echa. Opanowuję się z wysiłkiem - strome zbocze przed nami.
Po chwili ruszamy. Po pięciu, sześciu ludzi przy każdych saniach, z przodu, z tyłu, z boku. Wczepieni palcami w linę, wleczeni ciężkim toboganem - zwalamy się z paru metrowych progów w śnieg. Hamuję całym ciałem myśląc o jednym - nie wolno puścić! Księżyc otula się lisią czapą, zrywa się wiatr - kurniawa. Walka nie skończona.
Dno doliny, zaciszniej. Pada śnieg. Idziemy ubitym traktem i co moment wpadamy w wykroty. Jedna godzina, dwie... Jestem już tak zmęczony, że idę prawie śpiąc. Nikt nic nie mówi, automatycznie poruszam nogami i podając w przód ciężar ciała - naprężam linkę toboganu. Nie reaguję nawet na pytania. Wtem niewyraźny błysk przebija przez kurtynę śnieżnych płatków. Trzecia godzina w nocy. Dobijamy do schroniska.

Co dalej? Ciepłe rzeczy, herbata, jedzenie i łóżko. Koce. Sterta kocy. Upragnione nade wszystko łóżko.
Niestety ze snem nic jest tak łatwo. Adam zmordowany chrapie, a ja nieszczęsny obdarzony lekkim snem - nie mogę. Staszek wrzeszczy, że boli go noga, i żeby mnie o tym zupełnie przekonać, zrywa ze mnie koce. Maryna w ciemnościach monologuje:
- Jak to się właściwie stało? Janek był na górze, Adam pod nim, potem Hanka, Staszek i ja. Hm... to jednak dziwne, że żyjemy...
Nie mogę jej rozumowaniu odmówić słuszności, tym niemniej odsyłam ją w myślach do wszystkich diabłów: też pora na rozważania.
Już, już zasypiam, kiedy słyszę jęki Hanki i przenikliwy, wypełniający pokój szept:
- Janeczku!
Udaję, że śpię...
- Janeczku!
Krew mnie zalewa, ale jestem twardy.
- Janeczkuu!
Adam smacznie chrapie - załamuję się:
- Co?
- Popraw mi nogę...
Zrezygnowany wstaję. Poprawiam. Teraz zaczyna Staszek:
- Janeczkuu!
- Co??
- Ja chcę siusiu...
Co mam robić? Odbijam jakiejś flaszce po winie szyjkę - Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma.
Jęki, krzyki, monologi Mańki zbiegają się w jakąś przedziwną całość. Moje ciało takie ciężkie...
- Janeczkuu!
Mruczę coś w odpowiedzi... Nic nie słyszę, nic nie pamiętam, śpię.

-----------
*1 Czechosłowackie górskie pogotowie
*2 Nazwa przełączki w grani łączącej Kopki z Czeskim Szczytem
*3 Chata Teryeho - schronisko w Tatrach słowackich

Opowiadanie pochodzi ze zbioru opowiadań pt.
"Komin pokutników"

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Bazy noclegowe


Ostatniej zmiany na stronie dokonano29 marca 2012, 19:46
Naszą witrynę przegląda teraz 5 gości